14 listopada 2018

Ogarnil się Paula!



Cześć!

Nie było mnie tu dość długo. Czas jednak na reaktywację! Przepraszam się z blogiem, bo potrzebuję swojego miejsca do przemyśleń, zapisków i automotywacji. Będę skupiać się na paru kwestiach - ułożę je wg priorytetów:

1. Zgubienie kilku kilogramów - wstępnie pięciu. Chcę lepiej wyglądać w obcisłych sukienkach. Teraz wyglądam jak parówka w folii, bez urazy dla parówek.

2. Skończenie doktoratu - idzie powoli, ponieważ nowa praca zajmuje mi bardzo dużo czasu, ale trzeba się dobrze zorganizować i skończyć pracę do końca września 2019.

3. Ślub i wesele. Chcemy zrobić wszystko w dość oszczędny sposób, bez pompy i przepychu, ale jednak jakaś impreza musi się odbyć.


Ad.1

Moje dietetyczne postanowienia:
- staram się jeść rzeczy jak najmniej przetworzone i jak najlepsze jakościowo,
- odstawiam alkohol - o tym w ogóle napiszę więcej w osobnym poście, ale nie mogę tego pominąć w temacie dietetycznym,
- zamiast zapychaczy typu: ryż, ziemniaki, jem więcej warzyw takich jak fasolka szparagowa, brokuły, może kalafior lub miks "warzyw na patelnię", a do tego surówka,
- jem mniej mało wartościowych odżywczo słodyczy, a zamiast nich jem czekoladę +70% lub owoce suszone (z umiarem oczywiście),
- więcej się ruszam - jeśli mam możliwość to staram się ćwiczyć w domu przez 30 minut, a dodatkowo w pracy zamiast jeździć windą, chodzę po schodach. 


Do dwóch pozostałych punktów niewiele mam do dodania, oprócz tego, że są in progress. Doktorat się piszę, a za salą się rozglądamy. Nie zawładnął mną ślubny craze, nie jestem bridezillą, która nie myśli już o niczym innym poza ślubem. Podeszliśmy do tego na spokojnie - nie musi być idealnie, ważne że tego dnia będziemy razem, a towarzyszyć nam będą nasi przyjaciele i rodzina :)

Na dziś to tyle. Zastanawiam się co teraz umieszczać na blogu. Pewnie w dalszym ciągu będą to beauty porady, jedzenie i lumpeksy. Myślę jeszcze nad serią dziecięcą, np. nad recenzją książek i magazynów. 

Cieszę się, że wróciłam :)


22 marca 2017

Pa(U)leo kuchnia - Domowe Reese's

Cześć!

Miałam prawie tygodniową obsuwę (bo wymyśliłam sobie, że będę publikować posty w każdy piątek), ale trochę pracy mi się nazbierało, a potem dopadło mnie choróbsko i nie odpuszcza :/ Jednak postanowiłam dodać krótki post z prostym przepisem na słodycze, które uwielbiam w wersji sklepowej, ale jeszcze bardziej cieszę się z nich w trochę zdrowszej wersji domowej. Mowa o Reese's. Z przepisu który podam wyszło mi  6 dużych pralin Reese's. 

Skłądniki (na 6 dużych "babeczek":

6 czubatych łyżeczek masła orzechowego 100%, np. tego: KLIK (kupiłam w Stokrotce)
miód - wedle uznania (dałam 2 łyżki)
1/4 płaskiej łyżeczki soli (jeśli nie czujemy później soli w smaku to możemy dodać więcej)
100g czekolady z zawartością 70% kakao (lub więcej)


W misce łączymy masło orzechowe, miód i sól - jeśli smak nam nie odpowiada to go modyfikujemy, np. trochę dosładzamy. W kąpieli wodnej roztapiamy 50g czekolady (czyli połowę). Foremkę na muffiny wykładamy papilotkami. Łyżeczką wlewamy czekoladę kolejno do każdej z papilotek. Wyprzedzam pytanie o możliwość zrobienia babeczek bez foremki - niestety nie ma takiej możliwości. Czekolada jest tak ciężka i plastyczna, że sama papilotka się "poddaje" i deformuje (sprawdzałam to, gdy chciałam wyjąć jeszcze nie zastygnięte babeczki). Roztapiamy pozostałą część czekolady, a na czekoladę wlaną do papilotek wykładamy po czubatej łyżeczce masy orzechowej. Następnie, ponownie posługując się łyżeczką, zalewamy wszystko czekoladą i wstawiamy do lodówki na godzinę. Później czekoladki przechowujemy w temperaturze pokojowej. Można je spakować do pracy lub dzieciakom do szkoły w ramach zdrowszej przekąski :)


Smacznego!

11 marca 2017

Mamo, zrób mi ciastolinę!

Ciastolina Play Doh - jakże chciałam ją kiedyś mieć...Wlepiałam wzrok w telewizor podczas reklam ciastoliny i marzyłam, żeby dostać taką na gwiazdkę i lepić wesołe ciastolinowe zoo, robić szaloną ciastolinową biżuterię lub otworzyć fabrykę ciastolinowych słodyczy. Jeszcze dziś mam przed oczami wychodzące z dołączonej do zestawu ciastolin maszynki przeróżne kolorowe kształty. Dlaczego nigdy jej nie dostałam? Nie wiem. Wydaje mi się, że prosiłam o nią z raz czy dwa, na pewno bardzo się nią zachwycałam, ale może była obrzydliwie droga, może trudno dostępna, może mojej mamie wydawała się niepraktyczna. Szkoda, że żadna z gospodyń domowych nie miała zapisanej w swoim przepiśniku z poznańskim rynkiem na okładce (to były czasy...) receptury umożliwiającej wykonanie takiej ciastoliny w domu za grosze. Ale dziś podzielę się nią z Wami ja :) 

Zaczęło się od tego, że Młody dostał od wujka i cioci zestaw ciastolin i jakiś śmieszny samochód wypluwający imitację belek, desek, szyn i tym podobnych elementów budowy. Dziecko cieszyło się z samochodu przez godzinę, a później zaczęło urządzać sceny dantejskie, bo tu krzywa belka wyszła, a tam mu się kolory ciastoliny zmieszały, ja dodatkowo wyrządziłam mu krzywdę ogromną, bo dążyłam do tego, żeby zamykać pudełeczka z ciastoliną, czego on robić nie chciał. Wniosek był prosty: "Zabawka (samochód) nie dostosowana do wieku. Zabieramy!" Schowaliśmy furę, ale ciastoliny zostały. Młody roznosił je po domu, czasem coś tam ulepił, ale prędzej czy później gdzieś się to wszystko zdematerializowało i został mu może z jeden nadający się do użytku kolor. Z czasem dziecię nam się trochę ogarnęło i postanowiliśmy dać mu samochód, ale za bardzo nie poszalał z jednym kolorem ciastoliny. "Mamo, ja chce więcej ciastoliny..." - powiedział. Wystarczyło tylko wgooglować odpowiednie hasło i voila! Po krótkim czasie mieliśmy trzy kule ciastoliny za grosze. Poniżej podaję przepis - bierzcie, podawajcie dalej, róbcie ciastolinę i bawcie się dobrze!

  
Składniki (na trzy kule o średnicy ok. 7 cm):

1 szklanka mąki
1 szklanka wody
pół szklanki soli
łyżka oleju
1 łyżeczka proszku do pieczenia
barwniki spożywcze, naturalne, bądź farbka plakatowa


Najpierw polecam dokładnie rozmieszać sól w ciepłej wodzie, żeby później nie była wyczuwalna pod palcami i żeby ciastolina była bardziej spójna. Następnie należy dokładnie wymieszać w garnuszku mąkę z (chłodną!) wodą i solą, po czym dodać olej oraz proszek do pieczenia. Taką mieszankę należy postawić na małym gazie i mieszać dopóki ciasto nie zacznie się łączyć w kulę, odchodząc przy tym od ścianek garnka. Wtedy należy zdjąć garnek z ognia i poczekać aż ciasto nieco ostygnie, tak by można było je ugniatać. Później trzeba podzielić ciasto na równe kawałki - każdy będzie innego koloru. My podzieliliśmy nasze ciasto na trzy części. Do oddzielonego kawałka dodajemy barwnik (my nie mieliśmy żadnych na stanie, nawet naturalnych, więc dodaliśmy trochę farby plakatowej i było ok) i ugniatamy ciasto tak długo, aż uzyskamy jednolity kolor. To samo robimy z każdym kolejnym kawałkiem. Jeśli chcecie zrobić jeszcze więcej kolorów to należy podwoić lub potroić składniki :) Ciastolinę należy przechowywać w zamykanym pudełku lub foliowej, również zamykanej torebce - w przeciwnym razie wyschnie.

W przepisie pojawia się hasło: barwniki naturalne. Otóż podobno po dodaniu kurkumy ciasto będzie miało żółty kolor. Po dodaniu soku z buraka ćwikłowego - fioletowy. Po dodaniu kilku jeżyn lub samego soku - też fioletowy, a po dodaniu soku z malin - różowy. Polecam poszukać więcej inspiracji w internecie :)

A tak bawiliśmy się gotową ciastoliną:




Młody jest przeszczęśliwy. Dla mnie ciastolina jest rewelacyjna - moim skromnym zdaniem znacznie fajniejsza niż ta Play Doh. Niektóre kolory tej firmowej były lekko wyschnięte (mimo, że nie były otwierane wcześniej), jakieś dziwnie twarde, przez co słabo się kleiły. Ta ciastolina jest przyjemna w dotyku i bardzo plastyczna. Polecam! 

Udanej zabawy!

3 marca 2017

Pa(u)leo kuchnia - Batoniki Bounty

Bardzo lubię Bounty. Oczywiście zawsze te batoniki muszą leżeć przy kasie i oczywiście zawsze mam ogromną ochotę na takiego. Ale mam też silną wolę - tak silną, że czasem zaskakuję samą siebie. Odwracam wzrok i wykładam na taśmę tylko zdrowe rzeczy, a wśród nich znajdują się produkty potrzebne do zrobienia domowych batoników Bounty - zdrowych i przepysznych, które znikają w mgnieniu oka :)


Do zrobienia Bounty potrzebujecie:

150g wiórków kokosowych
puszki mleka kokosowego (ja kupuję 165ml Thai Coco)
miodu
czekolady z zawartością 70% kakao
blendera ;)

Zaczynamy od zblendowania wiórków, tak aby powstał z nich proszek, przypominający kaszkę kukurydzianą. Następnie otwieramy puszkę z mlekiem kokosowym i zbieramy tylko zawartość stałą (bez wody), którą ubijamy mikserem. Następnie do mleka dodajemy miód - ja dodaję dwie łyżeczki i dla mnie jest ok, ale chłopaki chyba wolą trochę słodsze ;) Następnie do mleka dodajemy wiórki i mieszamy. Powinna powstać gęsta, trudna do dalszego mieszania masa. Jeśli masa jest za rzadka to można dodać trochę mąki kokosowej lub "doblendować" jeszcze trochę wiórek. Z przygotowanej masy formujemy w dłoniach batoniki, układamy je np. na talerzu, owijamy go folią i wstawiamy do lodówki na godzinę-dwie (masa musi zastygnąć - batoniki zrobią się twarde).  Ostatnim krokiem jest roztopienie czekolady (ok. 70-80g) nad parą i zanurzanie w niej kolejnych batoników, a następnie odstawienie ich na ok. 30 min. do dalszego schłodzenia.

Pyszności!

PS. Ogólnie mam jakieś kulinarne wzloty i upadki. Zaliczyłam tydzień bardzo fajnych i smacznych obiadów, więc powinnam się cieszyć. Z drugiej strony wczoraj, gdy robiłam batoniki to coś mnie podkusiło i dodałam do czekolady łyżkę mleka - zważyła się. Uratowałam ją dodając trochę wody, ale to już nie było to samo, no i wyszły takie maziaje, jakie widać na zdjęciu ;) Dziś z kolei było jeszcze gorzej. Zamarzył mi się torcik bezowy z krakersami, orzechami i śmietaną. Blendowałam grubszy cukier na puder i po wszystkim zobaczyłam, że część tego noża, który się obraca przywarła do dolnego pojemnika! Nie wiem czemu, nie wiem czy to oznacza, że blender jest zepsuty. Pozwolę sobie tym pesymistycznym akcentem to zakończyć. Na pocieszenie zjem sobie jednego Bounty...Już lepiej ;) 

Miłego weekendu! :*

16 października 2016

Słów kilka o uczuleniu na "hybrydy"




W ciągu ostatnich dwóch - trzech lat niezwykle modny i powszechnie dostępny stał się manicure hybrydowy. Coś, co kiedyś było dostępne jedynie w gabinetach kosmetycznych, dziś można kupić w większości sklepów kosmetycznych za niewielkie pieniądze. Manicure hybrydowy to rewelacyjna opcja dla zapracowanych kobiet, które nie mogą pozwolić sobie na częste malowanie paznokci ze względu na nadmiar obowiązków. Lakier trzyma się na paznokciach nawet przez trzy tygodnie (albo i dłużej, jednak o nowym manicure decyduje zwykle odrost paznokcia), pięknie lśni, nie odpryskuje, po utwardzeniu lakieru można wykonywać każdą czynność (przy zwykłym lakierze jesteśmy narażone na odciski, smugi, zadarcia). Same plusy, prawda? Ale za tą sielanką stoi jeden przykry mankament, który może narazić Wasze paznokcie oraz skórę wokół nich na opłakany stan przez wiele miesięcy. Jest nim UCZULENIE. Od razu zaznaczę, że jeśli to czytasz i myślisz, że temat Cię nie dotyczy, ponieważ właśnie masz na paznokciach lakier hybrydowy i jest wszystko w porządku to jesteś w błędzie! Uczulenie może pojawić się nawet PO ROKU stosowania lakierów hybrydowych.

Oczywiście, jak to z uczuleniami bywa, nie dotyka ono każdego, kto wykonuje komuś lub sobie manicure hybrydowy. Jednak wśród dermatologów w ostatnich czasach owo uczulenie zyskało miano plagi, na kolejnych blogach pojawiają się wpisy traktujące o uczuleniu na "hybrydy", na Facebook'u założona została grupa Uczuleni na hybrydę - coś musi być na rzeczy. Jak rozpoznać uczulenie? Zwykle pierwszym objawem są lekko opuchnięte palce wokół paznokci oraz drobna wysypka na skórze w okolicy wału paznokcia (czyli jego początku, przy skórkach) - mijają po kilku dniach. Jeżeli zaobserwujecie u siebie taki objaw to czym prędzej ściągajcie hybrydy - im dłużej macie je na paznokciach, tym dłużej potrwa późniejszy proces leczenia. Kolejnym objawem jest pękająca skóra przy bocznych zakończeniach paznokci oraz pod paznokciami - palce dodatkowo puchną, są obrzmiałe, a skóra jest napięta, więc taki stan wiąże się z ogromnym bólem. Najgorszym stadium, które całe szczęścia nie dotyka każdej alergiczki jest onycholiza - choroba (sic!) polegająca na odwarstwieniu się płytki paznokcia od jego łożyska oraz nagromadzenia się tam powietrza. Płytka może odwarstwić się w bardzo dużym stopniu i wtedy staje się siedliskiem bakterii i grzybów, dlatego należy w takim przypadku ograniczać kontakt z zanieczyszczeniami i wodą (wilgoć będzie sprzyjała namnażaniu bakterii).

Postanowiłam o tym napisać żeby ostrzec inne dziewczyny. W moim przypadku uczulenie pojawiło się po około roku stosowania lakierów hybrydowych (ja używałam lakierów firmy Semilac - nie wszystkich uczulają, ale jest to chyba najpopularniejszy winowajca w przypadku uczuleń). Zaczęło się od pęcherzyków i krostek nad paznokciem oraz opuchniętych palców, jednak nie domyśliłam się, że to może być uczulenie na lakier hybrydowy - myślałam, że uczulił mnie jakiś kosmetyk lub proszek do prania. Nie zdjęłam hybryd, więc po kilku dniach skóra zaczęła pękać, a w międzyczasie przy niektórych paznokciach płytka zaczęła się odwarstwiać (onycholiza). Nie będę "chwalić się" moimi paznokciami - są obcięte na krótko i staram się je podleczyć domowymi sposobami. No i właśnie - jak wyleczyć powikłania po uczuleniu?

Przede wszystkim dobrze jest dmuchać na zimne - gdy już robicie manicure hybrydowy i nie możecie się z nim rozstać to przynajmniej róbcie sobie przerwy na regenerację paznokcia. Pozwólcie płytce odetchnąć, wsmarujcie w nią olejek nawilżający (oliwkę dla dzieci, Alterrę, olej arganowy, z pestek winogron, kokosowy, oliwę z oliwek), pomalujcie paznokcie odżywką - niech trochę odpocznie, wzmocni się. Musze przy okazji ostrzec przed popularną odżywką firmy Eveline 8 w 1 - w jej składzie znajduje się formaldehyd, który jest również obecny w składzie uczulających lakierów hybrydowych, dlatego u wielu dziewczyn, które chciały zregenerować paznokcie po uczuleniu i odbudować płytkę pojawiła się onycholiza i pewne oznaki uczulenia. Trzeba więc bacznie obserwować paznokcie! Jeżeli już obserwujecie jeden z objawów uczulenia skórnego to dobrze jest skonsultować się z dermatologiem. Można na krótką metę popijać wapno i smarować swędzącą skórę Fenistilem, ale pomoc profesjonalisty może okazać się niezbędna, bo czasem uczulenie może przybrać bardzo silną formę. Gdy macie takiego pecha jak ja i dopadnie Was onycholiza (brrr…) to należy obciąć paznokcie tak krótko jak to możliwe, zaopatrzyć się w aptece w olejek z drzewa herbacianego i zakraplać go przez kilka dni (7-10) pod odwarstwioną płytkę, najlepiej na noc. Ograniczajcie kontakt z wodą do minimum - sprzątajcie, zmywajcie naczynia, pierzcie w gumowych rękawiczkach, a po umyciu rąk dokładnie je osuszajcie (i tu duży ukłon w stronę suszarek w restauracjach i centrach handlowych - w domu możecie użyć po prostu suszarki do włosów). Po jakimś czasie płytka będzie odrastać i jednocześnie zrastać się z łożyskiem. Do tego czasu najbezpieczniej jest malować paznokcie zwykłymi lakierami - wiem jak ciężko jest się przestawić, ale zapewniam, że można i do tego się przyzwyczaić. Za kolejnymi lakierami hybrydowymi (jeżeli się odważycie - ja będę już bardzo ostrożna) możecie rozglądać się po całkowitym wyleczeniu uczulenia i najlepiej testować lakier na jednym paznokciu, a nie na wszystkich od razu. Dodam jeszcze, że podobno uczulać lub pogarszać stan paznokci mogą też aceton oraz cleaner. Jeżeli chcecie poczytać więcej to odsyłam na grupę Uczuleni na hybrydę na Facebook'u - setki różnych historii i przypadków, dużo porad oraz opinie na temat "bezpiecznych" lakierów. 

Powodzenia!

PS. Dowiedziałam się, że uczulać może też cleaner i aceton. Ogólnie moje pazury ciągle są bardzo biedne - opuszki są przesuszone, paznokcie są w słabej kondycji, ale nad tym pracuję :)

7 marca 2016

Pa(u)leo kuchnia - odsłona trzecia: Surowe batony / Raw bars

Dajecie słodycze swoim dzieciakom? Ja staram się robić to codziennie. Wręcz nalegam, żeby Młody skusił się na coś słodkiego. Matka - wariatka? Niekoniecznie. Bo o bardzo dobrych słodyczach mowa. Nasza trójka je uwielbia i dziś chcemy podzielić się nimi z każdym Czytelnikiem tego posta.


Na surowe batony natrafiłam po raz pierwszy w Rossmannie. Nie pamiętam dokładnej nazwy, ale musiał być to jakiś bio baton, baton organiczny, etc. Producent obiecywał, że baton jest bezglutenowy, wegański, a składniki użyte do produkcji pochodzą z certyfikowanych upraw ekologicznych. No fajnie. Cena nieco odstraszała - ok. 6zł za mniej niż 50g. Później Mąż przyniósł z Magicznego Ogrodu kolejny smakołyk - Lifebar. Smaczny, ale drogi jak cholera (zrobiłam research i widzę, że w sklepach internetowych są tańsze, ale stacjonarnie ceny oscylują w granicach 8-10zł). 


Ze strony producenta możecie dowiedzieć się, że można kupić Lifebar w różnych smakach, np. morelowy, czekoladowy, Raw Bite (inna firma) z limonką, itp. W skład wchodzą głównie daktyle, orzechy nerkowca, masło migdałowe i/lub migdały oraz inne dodatki, np. surowa czekolada, wiórki kokosowe, itp. Czyż receptura nie wydaje się być bajecznie prosta? Zatem nie byłabym sobą gdybym nie spróbowała zrobić takich batonów samodzielnie :) Na początku poszperałam trochę w necie, żeby sprawdzić czy znajdę w nim ślad po jakichś prekursorach moich poczynań. Wgooglowałam i...przepadłam (wgooglujcie: home made lifebar/raw bar) :) Ludzie robię te batony na potęgę. Jeszcze tego samego dnia wygrzebałam z kuchennej szuflady jakieś daktyle, nerkowce i wiórki kokosowe i ukręciłam z nich pierwszego surowego batona. Przepisu nie będę podawać, ponieważ byłą to wersja testowa, a ilość składników była "na oko".



Baton wyszedł dość "tłusty", w smaku był trochę podobny do chałwy i bardzo nam posmakował. Chcieliśmy więcej, dlatego po kilku dniach ukręciłam kolejne batony. Za 21zł wyszło mi 15 batoników o grubości ok. 0,5 cm.

Surowe batony z morelą

Składniki:
200g moreli suszonych
100g migdałów
60-70g wiórków kokosowych
150g orzechów nerkowca
(opcjonalnie) łyżka masła migdałowego



Składniki najpierw należy kolejno i oddzielnie blendować. Następnie należy połączyć je w jedną masę (też dobrze to zrobić w blenderze dodając do zmiksowanych moreli orzechy i wiórki),a następnie na wyścieloną folią spożywczą blaszkę wyłożyć połączone składniki i ugnieść je jak najciaśniej. Blaszkę wstawić na 2-3h do lodówki, później pokroić "placek" na batony i zawinąć je w folię aluminiową, spożywczą lub papier do pieczenia. Najlepiej przechowywać je w lodówce, ale gdy chcemy zjeść je poza domem to też myślę, że zachowają swoją twardszą strukturę przez kilka godzin. Batony zostały skonsumowane w przeciągu kilku dni, więc w ubiegłym tygodniu ukręciłam kolejne :)

Surowe batony z daktylami

Składniki:
opakowanie daktyli Helio (nie moge znaleźć w necie, ale paczuszka jest biała)
orzechy nerkowca (polecamy te z Lidla: klik)
60-70g wiórków kokosowych


Batony przygotowujemy tak samo jak te z morelami z tą różnicą, że w tym przypadku na kilka minut przed przygotowaniem warto namoczyć daktyle w gorącej wodzie, którą później należy wylać. Dzięki temu daktyle będą miękkie, plastyczne i fajnie połączą się z wiórkami i orzechami. Z powyższych składników wyszło mi 8 dość ciężkich batonów o grubości ok. 1cm. 

Szybka, bardzo zdrowa i prosta w wykonaniu słodycz :)

Więcej przepisów znajdziecie tutaj: KLIK

Smacznego!

22 lutego 2016

Sleeping beauty

Dziś postanowiłam, że podzielę się z Wami jednym z najcenniejszych zasobów wiedzy jaki posiadam, a nabyłam go nie dawniej niż pół roku temu. Tą wiedzą są zalety snu, a zwłaszcza snu w środku dnia.



Jeszcze pół roku temu ucięcie sobie drzemki w środku dnia uznawałam za rzecz niewykonalną. Dzień zaczynałam dość wcześnie - tak wcześnie, jak wcześnie wstało moje kochane dziecię. Piłam mocną kawę, następnie jedliśmy śniadanie, bawiliśmy się, Bąbel marudził, znów jedliśmy, znów bawiliśmy się, szliśmy na spacer, po zakupy, wracaliśmy i modliłam się żeby dziecko padło ze zmęczenia (bo wtedy jeszcze nie potrafiłam zapanować nad drzemkami Młodego - tego też mogę Was nauczyć, ale później) - była 14, ja byłam już bardzo zmęczona, czego nie można było powiedzieć o młodzieży. Piłam kolejną kawę, po jakiejś godzinie Młody padał, a ja robiłam wszystko, czego nie mogłam zrobić gdy zajmowałam się dzieciakiem - sprzątałam, robiłam obiad, nastawiałam pranie - wiadomo, że w domu zawsze coś się znajdzie do zrobienia; następnie ogarniałam się do pracy. Później szłam do wspomnianej już pracy (tak, pracuję popołudniami) na kilka godzin, po powrocie musiałam czasem położyć Małego spać (czytaj: czekać aż padnie po raz kolejny, co zwykle miało miejsce około północy), chociaż czasem bywało tak, że to ja padałam pierwsza ze zmęczenia, a dzieciak budził mnie okrzykami plemiennymi. Mój wspaniały Mąż doradził ucinanie sobie drzemki w środku dnia podczas gdy Mały śpi, ale po pierwsze: nie miałam kiedy (Mały szedł spać za późno), po drugie: nie mogłam zasnąć. Szybko nasunął mi się na myśl oczywisty wniosek: wpadłam w błędne koło obficie napędzane kofeiną. 

Pierwszym działaniem było odstawienie kawy. Przez pierwsze trzy dni chodziłam jak zombie. Niby chciało mi się spać, ale nie mogłam. Dodatkowo strasznie bolała mnie głowa. Nikomu nie życzę takich przeżyć :) Później ustaliliśmy, że Mąż zabierze Latorośl na krótki spacer, a ja w tym czasie postaram się położyć i zasnąć, jeśli mi się to uda. Nie udało mi się zasnąć pierwszego dnia, nie udało drugiego, ale trzeciego dnia zasnęłam na kilkanaście minut (na tak krótko, bo dużo czasu zajęło mi samo zaśnięcie). 

Później było już tylko lepiej. Kładłam Małego i gdy miałam czas to ucinałam sobie półgodzinne drzemki, po których czułam się zaspana przez minutkę, a później czułam jak cudowną regeneracje daje te 30 minut snu. Po miesiącu udało nam się wyregulować drzemki Bąbla, tak, że mogłam dogodnie zgrać je z tymi moimi, z obowiązkami domowymi i z pracą. Odżyłam! Zauważyłam poprawę nie tylko w ogólnym samopoczuciu, ale także w sylwetce, kondycji cery i włosów, wydajności w pracy i organizacji w życiu. Obecnie śpimy regularnie razem (w tym ja przez 30-60 minut - zależy od dnia), po czym ja serwuję sobie dla smaku i lekkiego kopniaka małą kawę z mlekiem. Czuję się wspaniale i tylko przy bardzo intensywnym dniu czuję zmęczenie wieczorem. Natomiast w pozostałe dni mam jeszcze mnóstwo siły, bez problemu udaje nam się obejrzeć odcinek serialu, pogadać lub coś poczytać.

Także z całego serca polecam Wam taką naukę snu jaką sama przeszłam:
  1. Odstawcie poranną kawę.
  2. Wyciszajcie się razem z dzieckiem (jeśli je macie; jeśli nie to sami ustalcie sobie czas na drzemkę) i starajcie się przynajmniej poleżeć w spokoju kilkanaście minut, gdy maluch zaśnie.
  3. Ustawcie budzik*. Na pewno któregoś dnia uda Wam się w końcu zasnąć.  

*Podobno idealna drzemka powinna wynosić od 20 do 30 minut. Dzięki temu nie zakłócimy naturalnego rytmu snu w nocy (organizm wprowadzi nas jedynie w 1 i 2 fazę snu). Dajmy sobie jednak czas na zaśnięcie, więc gdy ustawiamy budzik to doliczmy to czasu pobudki 10-15 minut.

Słodkich snów!