27 listopada 2015

Pa(U)leo kuchnia - odsłona pierwsza: Królowa śniadań

Gościmy ją u siebie prawie codziennie. Za każdym razem każe na siebie czekać ponad pół godziny. Wkracza leniwym krokiem do kuchni, często jeszcze ziewając, i rząda towarzystwa herbaty, najlepiej zielonej. Uwielbiamy ją, mimo, że spędza z nami zaledwie kilka minut. Proszę państwa...Królowa Jajecznica! 



Na portalach społecznościowych aż roi się od zdjęć owsianek jedzonych na śniadanie. Owsianka z bananem. Owsianka z masłem orzechowym. Owsianka i kubek kawy. Owsianka i jesienne liście. Owsianka i skarpety ze świątecznym motywem. Owsianki są w porządku, naprawdę. Był taki etap w moim żywieniu, że owsiankę jadłam codziennie, właśnie dlatego, że mogłam przyrządzić ją na sto różnych sposobów. Dodawałam do niej orzechy, masło orzechowe, banana, truskawki, brzoskwinie, czekoladę, cynamon...Słowem: wszystko, co dobrze wpasowywało się w słodkie nuty smakowe. Nie prosiłam tylko o gluten. I o mnóstwo węglowodanów. Niby taka owsianka to nie grzech, ale gdy na śniadanie zje się płatki owsiane (nawet te bezglutenowe, które po pewnym czasie odkryliśmy) na słodko, później kilka owoców, a na obiad doprawi się ryżem lub makaronem, to tych węglowodanów zaczyna robić się za dużo. Tak dużo, że tylko osoba uprawiająca wyczynowy sport mogłaby przyjmować takie ilości bez wymiernych zmian w figurze czy samopoczuciu. Ja nie będąc taką osobą nie tylko nie chudłam, ale miałam wręcz wrażenie, że przybieram na wadze, a dodatkowo ciągle czułam się zmęczona i senna. Szukaliśmy rozwiązania i nie musieliśmy długo na nie czekać. Owsianka pokornie, ze spuszczoną głową i początkowo z lekkim oporem, ustąpiła miejsca jajecznicy. Wydawać by się mogło, że jedzona codziennie (oprócz niedziel - o tym innym razem) jajecznica może z czasem się znudzić, ale nie wtedy, gdy kominuje się na różne sposoby z dodatkami.

Wczorajszą jajecznicę przygotowałam z dwóch jaj. Najpierw na maśle Kerrygold (gorąco polecamy!) podsmażyłam pół pokrojonej w kostkę cebulki i ząbek czosnku. Następnie dodałam warzywa w kolejności od najdłużej do najkrócej się gotujących, tj. marchew, pietruszkę, paprykę, batat i cukinię - wszystkie w ilości "na oko" lub "ile zostało w lodówce". Gdy warzywa (które czasem podlewam wodą, żeby się nie przypaliły) zmiękły, dodałam do nich 2 jajka, posypałam je solą i pieprzem, wmieszałam je w warzywa i na wolnym ogniu mieszałam całą masę jajeczną dopóki nie ścięła się i nie powstałą pyszna i aksamitnie kremowa jajecznica. Takie śniadanie syci mnie na kilka godzin, a ze względu na to, że zawiera znacznie mniejszą ilość węglowodanów niż owsianka, nie czułam się po niej źle, a waga ustabilozowała się po krótkim czasie. Tak, nie odkryłam Ameryki. Kiedyś (możliwe, że i teraz) jajecznica w wielu była najczęściej spożywanym daniem na śniadanie - szczegół, że często na przemian z kanapkami, ale jednak. Z czasem jednak przestała być doceniana, może ze względu na problem z dostępnością produktów, zwłaszcza jajek. My jednak zawsze staramy się kupować te wiejskie u sprawdzonych sprzedawców, gdy skończą nam się jajka, które przywożę od mamy. Szukajcie, a znajdziecie. Powodzenia i smacznego!

PS. Dziś jedliśmy jajecznicę z dodatkiem wiejskiej kiełbasy i brokułem. Była pyyyszna!

25 listopada 2015

Begin again.

Przypomniało mi się, że miałam wrócić do blogowania. Dziś mi się przypomniało, a z zamiarem noszę się od...jakiegoś czasu :) Niby bez bloga można żyć, niby nie każdy musi zająć sobie swój kawałek podłogi w sieci, i przyznam, że były momenty, gdy myślałam, że właśnie jestem tą osobą, ale jest też jakaś cząstka mnie, która potrzebuje się uzewnętrznić, podzielić ze światem przemyśleniami, spostrzeżeniami, inspiracjami i pomysłami. Ogólnie to nie przedstawiłam się. Jestem Paula. Jestem matką. Matką prawie dwulatka. Absorbuje ten mały Szkrab, że szok. W dodatku pracuję, chociaż tylko przez kilka godzin dziennie, ale przynoszę pracę do domu. Staram się być też przyzwoicie dobrą kurą domową - piorę, gotuję, robię zakupy i sprzątam. Staram się też rozwijać naukowo. Coś tam poczytam, coś tam obejrzę, coś tam napiszę, z kimś tam się spotkam. I wydawać by się mogło, że nie mam wolnego czasu. Cóż...bo chyba go nie mam, ale podobno im więcej ma się obowiązków, tym łatwiej zorganizować sobie czas i znaleźć pare wolnych chwil, które można poświęcić, np. pisaniu bloga. Zatem challenge accepted. Będzie o wszystkim, bo podobno jestem człowiekiem orkiestrą. Człowiekiem, który ma wielką potrzebę przeprowadzenia dialogu ze światem wirtualnym. Zapraszam do dyskusji.

PS. PauliOkiem to nazwa mojego starego bloga. Było mi na nim wygodnie. Frustrował mnie jedynie pełen wiecznych usterek portal, więc niech już taka nazwa zostanie, co by może ktoś skojarzył, że to jedna i ta sama Paula.

PS2. Nazwa postu to tytuł filmu z Keirą Knightley, Adamem Levine i Markiem Ruffalo. Przyjemny, życiowy, aczkolwiek nie polecam go osobom, które nie przepadają za filmami muzycznymi. Nie jest to typowy musical, ale fabuła skupia się w dużej mierze na muzyce właśnie. Ogólnie można obejrzeć w leniwy, weekendowy wieczór, ale widziałam lepsze filmy. A post zatytułowałam w ten sposób, ponieważ akurat przypomniał mi się ten film. Usłyszałam Levine w radio.