16 października 2016

Słów kilka o uczuleniu na "hybrydy"




W ciągu ostatnich dwóch - trzech lat niezwykle modny i powszechnie dostępny stał się manicure hybrydowy. Coś, co kiedyś było dostępne jedynie w gabinetach kosmetycznych, dziś można kupić w większości sklepów kosmetycznych za niewielkie pieniądze. Manicure hybrydowy to rewelacyjna opcja dla zapracowanych kobiet, które nie mogą pozwolić sobie na częste malowanie paznokci ze względu na nadmiar obowiązków. Lakier trzyma się na paznokciach nawet przez trzy tygodnie (albo i dłużej, jednak o nowym manicure decyduje zwykle odrost paznokcia), pięknie lśni, nie odpryskuje, po utwardzeniu lakieru można wykonywać każdą czynność (przy zwykłym lakierze jesteśmy narażone na odciski, smugi, zadarcia). Same plusy, prawda? Ale za tą sielanką stoi jeden przykry mankament, który może narazić Wasze paznokcie oraz skórę wokół nich na opłakany stan przez wiele miesięcy. Jest nim UCZULENIE. Od razu zaznaczę, że jeśli to czytasz i myślisz, że temat Cię nie dotyczy, ponieważ właśnie masz na paznokciach lakier hybrydowy i jest wszystko w porządku to jesteś w błędzie! Uczulenie może pojawić się nawet PO ROKU stosowania lakierów hybrydowych.

Oczywiście, jak to z uczuleniami bywa, nie dotyka ono każdego, kto wykonuje komuś lub sobie manicure hybrydowy. Jednak wśród dermatologów w ostatnich czasach owo uczulenie zyskało miano plagi, na kolejnych blogach pojawiają się wpisy traktujące o uczuleniu na "hybrydy", na Facebook'u założona została grupa Uczuleni na hybrydę - coś musi być na rzeczy. Jak rozpoznać uczulenie? Zwykle pierwszym objawem są lekko opuchnięte palce wokół paznokci oraz drobna wysypka na skórze w okolicy wału paznokcia (czyli jego początku, przy skórkach) - mijają po kilku dniach. Jeżeli zaobserwujecie u siebie taki objaw to czym prędzej ściągajcie hybrydy - im dłużej macie je na paznokciach, tym dłużej potrwa późniejszy proces leczenia. Kolejnym objawem jest pękająca skóra przy bocznych zakończeniach paznokci oraz pod paznokciami - palce dodatkowo puchną, są obrzmiałe, a skóra jest napięta, więc taki stan wiąże się z ogromnym bólem. Najgorszym stadium, które całe szczęścia nie dotyka każdej alergiczki jest onycholiza - choroba (sic!) polegająca na odwarstwieniu się płytki paznokcia od jego łożyska oraz nagromadzenia się tam powietrza. Płytka może odwarstwić się w bardzo dużym stopniu i wtedy staje się siedliskiem bakterii i grzybów, dlatego należy w takim przypadku ograniczać kontakt z zanieczyszczeniami i wodą (wilgoć będzie sprzyjała namnażaniu bakterii).

Postanowiłam o tym napisać żeby ostrzec inne dziewczyny. W moim przypadku uczulenie pojawiło się po około roku stosowania lakierów hybrydowych (ja używałam lakierów firmy Semilac - nie wszystkich uczulają, ale jest to chyba najpopularniejszy winowajca w przypadku uczuleń). Zaczęło się od pęcherzyków i krostek nad paznokciem oraz opuchniętych palców, jednak nie domyśliłam się, że to może być uczulenie na lakier hybrydowy - myślałam, że uczulił mnie jakiś kosmetyk lub proszek do prania. Nie zdjęłam hybryd, więc po kilku dniach skóra zaczęła pękać, a w międzyczasie przy niektórych paznokciach płytka zaczęła się odwarstwiać (onycholiza). Nie będę "chwalić się" moimi paznokciami - są obcięte na krótko i staram się je podleczyć domowymi sposobami. No i właśnie - jak wyleczyć powikłania po uczuleniu?

Przede wszystkim dobrze jest dmuchać na zimne - gdy już robicie manicure hybrydowy i nie możecie się z nim rozstać to przynajmniej róbcie sobie przerwy na regenerację paznokcia. Pozwólcie płytce odetchnąć, wsmarujcie w nią olejek nawilżający (oliwkę dla dzieci, Alterrę, olej arganowy, z pestek winogron, kokosowy, oliwę z oliwek), pomalujcie paznokcie odżywką - niech trochę odpocznie, wzmocni się. Musze przy okazji ostrzec przed popularną odżywką firmy Eveline 8 w 1 - w jej składzie znajduje się formaldehyd, który jest również obecny w składzie uczulających lakierów hybrydowych, dlatego u wielu dziewczyn, które chciały zregenerować paznokcie po uczuleniu i odbudować płytkę pojawiła się onycholiza i pewne oznaki uczulenia. Trzeba więc bacznie obserwować paznokcie! Jeżeli już obserwujecie jeden z objawów uczulenia skórnego to dobrze jest skonsultować się z dermatologiem. Można na krótką metę popijać wapno i smarować swędzącą skórę Fenistilem, ale pomoc profesjonalisty może okazać się niezbędna, bo czasem uczulenie może przybrać bardzo silną formę. Gdy macie takiego pecha jak ja i dopadnie Was onycholiza (brrr…) to należy obciąć paznokcie tak krótko jak to możliwe, zaopatrzyć się w aptece w olejek z drzewa herbacianego i zakraplać go przez kilka dni (7-10) pod odwarstwioną płytkę, najlepiej na noc. Ograniczajcie kontakt z wodą do minimum - sprzątajcie, zmywajcie naczynia, pierzcie w gumowych rękawiczkach, a po umyciu rąk dokładnie je osuszajcie (i tu duży ukłon w stronę suszarek w restauracjach i centrach handlowych - w domu możecie użyć po prostu suszarki do włosów). Po jakimś czasie płytka będzie odrastać i jednocześnie zrastać się z łożyskiem. Do tego czasu najbezpieczniej jest malować paznokcie zwykłymi lakierami - wiem jak ciężko jest się przestawić, ale zapewniam, że można i do tego się przyzwyczaić. Za kolejnymi lakierami hybrydowymi (jeżeli się odważycie - ja będę już bardzo ostrożna) możecie rozglądać się po całkowitym wyleczeniu uczulenia i najlepiej testować lakier na jednym paznokciu, a nie na wszystkich od razu. Dodam jeszcze, że podobno uczulać lub pogarszać stan paznokci mogą też aceton oraz cleaner. Jeżeli chcecie poczytać więcej to odsyłam na grupę Uczuleni na hybrydę na Facebook'u - setki różnych historii i przypadków, dużo porad oraz opinie na temat "bezpiecznych" lakierów. 

Powodzenia!

PS. Dowiedziałam się, że uczulać może też cleaner i aceton. Ogólnie moje pazury ciągle są bardzo biedne - opuszki są przesuszone, paznokcie są w słabej kondycji, ale nad tym pracuję :)

7 marca 2016

Pa(u)leo kuchnia - odsłona trzecia: Surowe batony / Raw bars

Dajecie słodycze swoim dzieciakom? Ja staram się robić to codziennie. Wręcz nalegam, żeby Młody skusił się na coś słodkiego. Matka - wariatka? Niekoniecznie. Bo o bardzo dobrych słodyczach mowa. Nasza trójka je uwielbia i dziś chcemy podzielić się nimi z każdym Czytelnikiem tego posta.


Na surowe batony natrafiłam po raz pierwszy w Rossmannie. Nie pamiętam dokładnej nazwy, ale musiał być to jakiś bio baton, baton organiczny, etc. Producent obiecywał, że baton jest bezglutenowy, wegański, a składniki użyte do produkcji pochodzą z certyfikowanych upraw ekologicznych. No fajnie. Cena nieco odstraszała - ok. 6zł za mniej niż 50g. Później Mąż przyniósł z Magicznego Ogrodu kolejny smakołyk - Lifebar. Smaczny, ale drogi jak cholera (zrobiłam research i widzę, że w sklepach internetowych są tańsze, ale stacjonarnie ceny oscylują w granicach 8-10zł). 


Ze strony producenta możecie dowiedzieć się, że można kupić Lifebar w różnych smakach, np. morelowy, czekoladowy, Raw Bite (inna firma) z limonką, itp. W skład wchodzą głównie daktyle, orzechy nerkowca, masło migdałowe i/lub migdały oraz inne dodatki, np. surowa czekolada, wiórki kokosowe, itp. Czyż receptura nie wydaje się być bajecznie prosta? Zatem nie byłabym sobą gdybym nie spróbowała zrobić takich batonów samodzielnie :) Na początku poszperałam trochę w necie, żeby sprawdzić czy znajdę w nim ślad po jakichś prekursorach moich poczynań. Wgooglowałam i...przepadłam (wgooglujcie: home made lifebar/raw bar) :) Ludzie robię te batony na potęgę. Jeszcze tego samego dnia wygrzebałam z kuchennej szuflady jakieś daktyle, nerkowce i wiórki kokosowe i ukręciłam z nich pierwszego surowego batona. Przepisu nie będę podawać, ponieważ byłą to wersja testowa, a ilość składników była "na oko".



Baton wyszedł dość "tłusty", w smaku był trochę podobny do chałwy i bardzo nam posmakował. Chcieliśmy więcej, dlatego po kilku dniach ukręciłam kolejne batony. Za 21zł wyszło mi 15 batoników o grubości ok. 0,5 cm.

Surowe batony z morelą

Składniki:
200g moreli suszonych
100g migdałów
60-70g wiórków kokosowych
150g orzechów nerkowca
(opcjonalnie) łyżka masła migdałowego



Składniki najpierw należy kolejno i oddzielnie blendować. Następnie należy połączyć je w jedną masę (też dobrze to zrobić w blenderze dodając do zmiksowanych moreli orzechy i wiórki),a następnie na wyścieloną folią spożywczą blaszkę wyłożyć połączone składniki i ugnieść je jak najciaśniej. Blaszkę wstawić na 2-3h do lodówki, później pokroić "placek" na batony i zawinąć je w folię aluminiową, spożywczą lub papier do pieczenia. Najlepiej przechowywać je w lodówce, ale gdy chcemy zjeść je poza domem to też myślę, że zachowają swoją twardszą strukturę przez kilka godzin. Batony zostały skonsumowane w przeciągu kilku dni, więc w ubiegłym tygodniu ukręciłam kolejne :)

Surowe batony z daktylami

Składniki:
opakowanie daktyli Helio (nie moge znaleźć w necie, ale paczuszka jest biała)
orzechy nerkowca (polecamy te z Lidla: klik)
60-70g wiórków kokosowych


Batony przygotowujemy tak samo jak te z morelami z tą różnicą, że w tym przypadku na kilka minut przed przygotowaniem warto namoczyć daktyle w gorącej wodzie, którą później należy wylać. Dzięki temu daktyle będą miękkie, plastyczne i fajnie połączą się z wiórkami i orzechami. Z powyższych składników wyszło mi 8 dość ciężkich batonów o grubości ok. 1cm. 

Szybka, bardzo zdrowa i prosta w wykonaniu słodycz :)

Więcej przepisów znajdziecie tutaj: KLIK

Smacznego!

22 lutego 2016

Sleeping beauty

Dziś postanowiłam, że podzielę się z Wami jednym z najcenniejszych zasobów wiedzy jaki posiadam, a nabyłam go nie dawniej niż pół roku temu. Tą wiedzą są zalety snu, a zwłaszcza snu w środku dnia.



Jeszcze pół roku temu ucięcie sobie drzemki w środku dnia uznawałam za rzecz niewykonalną. Dzień zaczynałam dość wcześnie - tak wcześnie, jak wcześnie wstało moje kochane dziecię. Piłam mocną kawę, następnie jedliśmy śniadanie, bawiliśmy się, Bąbel marudził, znów jedliśmy, znów bawiliśmy się, szliśmy na spacer, po zakupy, wracaliśmy i modliłam się żeby dziecko padło ze zmęczenia (bo wtedy jeszcze nie potrafiłam zapanować nad drzemkami Młodego - tego też mogę Was nauczyć, ale później) - była 14, ja byłam już bardzo zmęczona, czego nie można było powiedzieć o młodzieży. Piłam kolejną kawę, po jakiejś godzinie Młody padał, a ja robiłam wszystko, czego nie mogłam zrobić gdy zajmowałam się dzieciakiem - sprzątałam, robiłam obiad, nastawiałam pranie - wiadomo, że w domu zawsze coś się znajdzie do zrobienia; następnie ogarniałam się do pracy. Później szłam do wspomnianej już pracy (tak, pracuję popołudniami) na kilka godzin, po powrocie musiałam czasem położyć Małego spać (czytaj: czekać aż padnie po raz kolejny, co zwykle miało miejsce około północy), chociaż czasem bywało tak, że to ja padałam pierwsza ze zmęczenia, a dzieciak budził mnie okrzykami plemiennymi. Mój wspaniały Mąż doradził ucinanie sobie drzemki w środku dnia podczas gdy Mały śpi, ale po pierwsze: nie miałam kiedy (Mały szedł spać za późno), po drugie: nie mogłam zasnąć. Szybko nasunął mi się na myśl oczywisty wniosek: wpadłam w błędne koło obficie napędzane kofeiną. 

Pierwszym działaniem było odstawienie kawy. Przez pierwsze trzy dni chodziłam jak zombie. Niby chciało mi się spać, ale nie mogłam. Dodatkowo strasznie bolała mnie głowa. Nikomu nie życzę takich przeżyć :) Później ustaliliśmy, że Mąż zabierze Latorośl na krótki spacer, a ja w tym czasie postaram się położyć i zasnąć, jeśli mi się to uda. Nie udało mi się zasnąć pierwszego dnia, nie udało drugiego, ale trzeciego dnia zasnęłam na kilkanaście minut (na tak krótko, bo dużo czasu zajęło mi samo zaśnięcie). 

Później było już tylko lepiej. Kładłam Małego i gdy miałam czas to ucinałam sobie półgodzinne drzemki, po których czułam się zaspana przez minutkę, a później czułam jak cudowną regeneracje daje te 30 minut snu. Po miesiącu udało nam się wyregulować drzemki Bąbla, tak, że mogłam dogodnie zgrać je z tymi moimi, z obowiązkami domowymi i z pracą. Odżyłam! Zauważyłam poprawę nie tylko w ogólnym samopoczuciu, ale także w sylwetce, kondycji cery i włosów, wydajności w pracy i organizacji w życiu. Obecnie śpimy regularnie razem (w tym ja przez 30-60 minut - zależy od dnia), po czym ja serwuję sobie dla smaku i lekkiego kopniaka małą kawę z mlekiem. Czuję się wspaniale i tylko przy bardzo intensywnym dniu czuję zmęczenie wieczorem. Natomiast w pozostałe dni mam jeszcze mnóstwo siły, bez problemu udaje nam się obejrzeć odcinek serialu, pogadać lub coś poczytać.

Także z całego serca polecam Wam taką naukę snu jaką sama przeszłam:
  1. Odstawcie poranną kawę.
  2. Wyciszajcie się razem z dzieckiem (jeśli je macie; jeśli nie to sami ustalcie sobie czas na drzemkę) i starajcie się przynajmniej poleżeć w spokoju kilkanaście minut, gdy maluch zaśnie.
  3. Ustawcie budzik*. Na pewno któregoś dnia uda Wam się w końcu zasnąć.  

*Podobno idealna drzemka powinna wynosić od 20 do 30 minut. Dzięki temu nie zakłócimy naturalnego rytmu snu w nocy (organizm wprowadzi nas jedynie w 1 i 2 fazę snu). Dajmy sobie jednak czas na zaśnięcie, więc gdy ustawiamy budzik to doliczmy to czasu pobudki 10-15 minut.

Słodkich snów!